Ciemno to widzę – recenzja Insanely Twisted Shadow Planet and more

Czekałem na tę grę długo. Oj, ależ ja czekałem. Odkąd zobaczyłem zapowiedzi Insanely Twisted Shadow Planet w zeszłym roku wiedziałem, że będzie to gra w którą muszę zagrać. Niestety, w sierpniu zeszłego roku, wydano wersję tylko na Xboxa, która, swoją drogą, sprawiała mi spore problemy w sterowaniu. Jednak zgodnie z moimi przewidywaniami wersja PC była tylko kwestią czasu – i miałem rację, bowiem 17 kwietnia, na platformę Steam, zawitało Insanely Twisted Shadow Planet. Grę nabyłem, ukończyłem i stwierdziłem, że zasługuje na “szczególną” recenzję.

Pomijając wszelkie menu i logowania do Windows Games Live, gra wita nas filmikiem z którego dowiadujemy się, iż gwiazda w rodzinnym systemie naszego głównego bohatera została “zainfekowana” przez niezidentyfikowany, ale wybitnie agresywnie rozmnażający się obiekt. Infekcja zmieniła słońce w tytułową “Insanely Twisted Shadow Planet” i zaczęła rozsyłać kolejne strzępki infekujące wszystko co stanie na ich drodze. Nasz bohater, bezimienny kosmita, wsiada w swój latający spodek i wyrusza w niebezpieczną podróż by uratować galaktykę przed nieuchronną infekcją. W tym momencie wkracza gracz.

Wyłączając pierwsze parę minut, które spędzimy na planecie kosmity, cała reszta ITSP rozgrywa się wewnątrz gwiazdy. Eksploracja planety przypomina model znany z gier typu Metroid, Castlevania czy Aquaria – mamy dostęp do kilku obszarów, jednak reszta jest zablokowana dopóki nie odnajdziemy stosownych mocy/ekwipunku, pozwalających na odblokowanie przejścia na nowy obszar. Świat i sposoby interakcji z napotkanymi elementami poznajemy dzięki wbudowanemu skanerowi – wystarczy skupić wiązkę tego wbudowanego w statek urządzenia przez chwilę na interesującym nas elemencie. Po krótkim skanie wyskakuje okienko, które piktogramami informuje nas jakimi narzędziami możemy wpływać na obiekt i czy jest on zagrożeniem, ulepszeniem spodka, elementem funkcjonalnym czy czymś innym. Jest to całkiem ciekawe rozwiązanie – proste, acz treściwe i zachęcające do badania korytarzy planety. Szukając rozwiązania problemu infekcji, natkniemy się na artefakty, które po zebraniu odpowiedniej ilości odblokowują nam kolejne fragmenty nagrania streszczającego jak doszło do powstania organizmu, który zaatakował naszą gwiazdę. Podczas odkrywania nowych zakamarków nie obejdzie się bez główkowania jak pokonać blokujące drogę przeszkody. Zagadki są dobrze przemyślane – mimo iż nie zapewniają nam dylematu na wiele godzin (definitywnie nie) to trzeba się zastanowić, żeby przejść dalej. Każdy obszar tematyczny powiązany jest z wieloetapowym bossem, którego musimy pokonać, często by zdobyć nowy element wyposażenia. Tutaj warto wspomnieć, że poziom trudności jest nawet niezły. Gra czasami nas nie oszczędza, zasypując nasz maleńki spodek wrogami lub bossami, którzy oprócz salw pocisków i wiązek dręczy nas falami pomagierów, którzy tylko utrudniają dotarcie do słabego punktu głównego wroga.

Estetycznie gra jest niesamowita – grafika przywodzi na myśl grę Limbo, wszystkie obiekty na pierwszym planie są utrzymane w ciemnych kolorach, z dominującą czernią. Są oczywiście wyjątki od tej reguły, jednak Michel Gagné, osoba odpowiedzialna za całość grafiki, postarał się, aby atmosfera zagrożenia i wrogości ze strony planety nas nie opuszczała na żadnym kroku. Animacja jest rewelacyjna, elementy otoczenia poruszają się, pulsują, żyją własnym życiem, czekając tylko, aż nasz statek pojawi się w pobliżu. Sam projekt poszczególnych obszarów jest dość…ciekawy. Nie wiem co prawda jaki pomysł przyświecał twórcom podczas tworzenia np. terenu skutego lodem, ale w jakiś sposób współgra to z całością. Jednak co wyszło Shadow Planet Productions najlepiej to stworzenie wrażenia bezbronności naszego statku i błahości naszych działań w stosunku do ogromu procesów zachodzących w przemienionej gwieździe. Wszystko to potęguje delikatna, choć potęgująca grozę muzyka stworzona przez Andrew Scotta i zespół Dimmu Borgir. ITSP to uczta dla oczu i uszu, bez dwóch zdań.

Ale…

No właśnie, jest “ale” i to bardzo duże. Pierwszym niepokojący znak pojawił się gdzieś podczas drugiej godziny gry. Wszedłem do menu, patrzę, a cyferki bezlitośnie poinformowały mnie, iż ukończyłem kampanię w niecałych 50%. Myślałem, że to błąd, musiałem grać dłużej, ale nie zauważyłem, jak mnie gra wciągnęła, jednak smutna prawda przedstawia się tak, iż Insanely Twisted Shadow Planet jest grą, którą można śmiało skończyć w 5-6 godzin. Jest to mało, zbyt mało. Owszem, jest to estetyczne uderzenie, ale pokroju artystycznego liścia – dostajemy w twarz raz, solidnie, czujemy policzek po fakcie, ale poza drobnym śladem po jakimś czasie jest po wszystkim. Na dodatek główna kampania nie ma żadnego replay value – gra nie ma dodatkowych zakończeń, alternatywnych ścieżek wyboru. Owszem, są dwa dodatkowe tryby gry: Lantern Run (coś jak survival, musimy uciekać przed pożerającym wszystko w korytarzu potworem nie gubiąc przy tym naszej latarenki) oraz Shadow Hunters (wraz z grupą innych graczy musimy pokonać korytarze i wrogów by doprowadzić bombę do serca asteroidy), w które możemy grać sami (marne nasze szanse) albo z innymi graczami przez internet, jednak mimo wszystko, nie jest to szczególnie pocieszające, zwłaszcza, że gra online, o ile mamy z kim grać, jest grą dla wyniku czy lepszego czasu, co jest marną namiastką wypełnienia dla krótkiej kampanii. Dla porównania na ukończenie Aquarii potrzebowałem dużo więcej czasu, a narracja i świat pozostawiały uczucie sytości. Bastion też był stosunkowo krótką i niewielką grą, jednak dwa zakończenia i dodatkowa decyzja pod koniec, smaczki podczas ponownej gry sprawiały, że chciało się ponownie zanurzyć w świecie post-katastroficznej Caelondii. Na tym tle ITSP wypada po prostu blado.

Osobiście doświadczyłem też problemów z płynnością gry. Jakiś czas przed zakupem dotknęła mnie awaria laptopa, dlatego zmuszony byłem grać na słabszym sprzęcie – niestety nie obyło się bez przycięcia wielu ustawień. Wmawiałem sobie, że to kwestia starego hardware’u, jednak po powrocie do mocniejszego laptopa czekał mnie kolejny zawód – dalej nie było rewelacji i gra przycinała miejscami, a nie oczekiwałem od niej jakichś niesamowitych akrobacji. Dla porównania Mass Effect 3 na średnich ustawieniach chodził na tym sprzęcie bardzo dobrze.

Podsumowując Insanely Twisted Shadow Planet jest grą bardzo dobrą – pełną wrażeń estetycznych, kreatywnych lokacji, broni oraz bossów okraszonych solidną porcją akcji i główkowania. Niestety jest to tytuł bardzo krótki, który, zwłaszcza gdy spojrzymy na cenę na Steamie (13,99 euro), pozostawia spory niedosyt. Dodatkowo mogą się pojawić problemy z wydajnością. Jeśli nie przeszkadzają Wam owe mankamenty – polecam grę pełną gębą. W innym przypadku lepiej poczekać, aż cena nieco spadnie.

Gra była testowana na: Intel Pentium Processor T4400, 3 GB RAM, GeForce G210M

That’s all folks…NOT!

W sumie chwila w której opublikuję tą recenzję to dla mnie taki pewien punkt zwrotny. ITSP i Bastion były rok temu moimi “musiszmieć”, przy czym wobec Bastionu miałem większe obawy. Jednak czas pokazał, iż Bastion okazał się grą rewelacyjną, jedną z najlepszych w jakie grałem w ciągu ostatnich paru lat, natomiast Insanely Twisted Shadow Planet…po prostu mnie rozczarował. W sumie po zakończeniu tej gry naszła mnie refleksja na temat gier indie. Małe zespoły wciskają czas, pieniądze, wszystko co się da w grę, tak żeby zrobić ją miłą dla oka, ucha i jakiego tam zmysłu się jeszcze da…jednak czy jest to czasem warte tego, że gra jest na tyle krótka, że pozostawia po sobie pewien niesmak? Bastion uniknął tego, bowiem pozbawiony swojego stylu graficznego i wciągającej narracji nie byłaby to ta sama gra, a twórcy postarali się o dodatkowe tryby gry. O ITSP można się kłócić – gra zdobyła wysokie oceny, dużą popularność, jednak nie obyło się bez krytyki, iż jest po prostu zbyt krótka.

Może moje oczekiwania były zbyt wysokie? A może po prostu nie obraziłbym się gdyby grafika była mniej rewelacyjna w zamian za nieco więcej rozgrywki, więcej opcji, jakiegoś bodźca, który zachęci mnie do sięgnięcia po grę ponownie, innego niż “artystyczna grafika” czy “rewelacyjna muzyka”. W sumie oskarżam tutaj tytuły niezależne o powielanie pewnych grzechów mainstreamu. Może narzekam, ale wychowałem się na grach, które wymagały dni (o ile nie więcej) aby je ukończyć i mściły się okrutnie za drobne błędy w strategii czy spóźniony refleks. Często oczekuję od nowych indie produkcji żebym mógł poczuć się jak dawniej – prowadzić notatki na kartkach papieru, wyciskać siódme poty z klawiatury czy myszki, żeby w końcu przejść problematyczny fragment, tak za ósmym podejściem. Jednak wkraczam tutaj na temat, któremu chciałem poświęcić osobny wpis, a propos pewnej szczególnej serii gier, dlatego na tym zakończę. ITSP mnie w tej dziedzinie zawiodło, jednak jeszcze wiele gier jest do odkrycia i wiele gier zostanie stworzonych, optymistycznie trzeba grać dalej, szukając tych szczególnych tytułów.

1 myśl na temat “Ciemno to widzę – recenzja Insanely Twisted Shadow Planet and more

Dodaj komentarz