Powstał czy upadł?

No i mamy koniec. Ostatnia część trylogii Christophera Nolana o Batmanie. Gdy prawie 10 lat temu krążyły plotki, że ktoś znowu bierze się za odświeżenie tego bohatera, zapewne niejeden fan zadrżał ze strachu. Wszyscy pamiętali straszny film jakim był Batman & Robin z 1997 roku i chyba każdemu wydawało się, że Warner Bros. wypaliło się w kwestii aktorskiego człowieka-nietoperza zaraz po Burtonie. Jednak Batman Begins był sporą niespodzianką. Film był świetny – dynamiczny, mroczny i realistyczny, na tyle na ile taki film może być realistyczny. The Dark Knight w 2008 miał nie lada poprzeczkę do pokonania, ale Nolan po raz kolejny zaskoczył publiczność – sequel przebił pierwszą część. Joker w wykonaniu Heatha Ledgera zdobył uznanie publiczności i krytyków, a sam film stał się kultowym hitem. Czy ostatnia część, The Dark Knight Rises, czyli po swojskiemu Mroczny Rycerz Powstaje, jest godnym następcą i zakończeniem dla całej trylogii?

Fabularnie The Dark Knight Rises dzieje się 8 lat po wydarzeniach w The Dark Knight. Bruce Wayne (Christian Bale), po konfrontacji z Harveyem Dentem i nagonce na Batmana, zawiesił maskę na kołek i po pozornie nieudanej inwestycji zamknął się na świat zewnętrzny i pod opieką lokaja-przyjaciela-opiekuna Alfreda (Michael Caine) wiedzie pustelnicze życie w swojej willi, zostawiając kierowanie Wayne Enterprises Luciusowi Foxowi (Morgan Freeman) i Mirandzie Tate (Marion Cotillard). W ciągu tych 8-u lat Gotham stało się bezpiecznym miastem, dzięki komisarzowi Jamesowi Gordonowi (Gary Oldman) i “inspirującej śmierci” Harveya Denta. Niestety lata życia w kłamstwie zniszczyły Gordona, pozbawiając go motywacji i napełniając frustracją. W trakcie przyjęcia z okazji obchodów Dnia Harveya Denta, Bruce poznaje Selinę Kyle (Anne Hathaway), złodziejkę poszukującą specjalnego programu, który pozwoliłby jej zniknąć z wszelkich policyjnych baz danych na świecie. Spokój Gotham zostaje zniszczony wraz z pojawieniem się Bane’a (Tom Hardy), tajemniczego najemnika w masce. Wydaje się on bardziej niż gotowy i zdecydowany, by obrócić całe miasto w pył. W śledztwo zamieszany zostaje też młody, idealistyczny policjant, John Blake (Joseph Gordon-Levitt), który wie o Batmanie więcej niż mogłoby się wydawać. Zdecydowany chronić swoje miasto przed planami Bane’a, Bruce Wayne wychodzi z ukrycia i przywdziewa kostium Batmana raz jeszcze.

Jakościowo The Dark Knight Rises dorównuje poprzednim częściom, choć tym razem zamiast mrocznego Gotham mamy bardziej zdemolowane Gotham. Hans Zimmer po raz kolejny stworzył ścieżkę dźwiękową świetnie oddającą klimat Mrocznego Rycerza. Szczególnie w ucho wpadło mi wplecenie w muzykę skandowania więźniów, które idealnie pasowało do scen związanych z Bane’m. Niestety film ma swoją dozę błędów i mało wiarygodnych scen. Ciężko szerzej coś o nich napisać nie wdając się w spoilery, jednak mogę wymienić dość magiczne teleportacje, w krótkim czasie, postaci między odległymi krajami  oraz fakt, że Gotham w pewnym momencie staje się niesamowicie opustoszałym miastem. Sama końcówka wydaje mi się nieco zbyt patetyczna, ale na szczęście da się to przetrawić. Jako ostatnie zastrzeżenie wymienię choreografię walk, które wydawały mi się cały czas nieco za bardzo przepychankowe, żeby mogły robić wrażenie, ale z poprzednimi częściami miałem podobny problem. Batman dalej rusza się nieco zbyt kołkowato, ale Catwoman daje radę. O dziwo Bane podobał mi się najbardziej, bo przypominał ludzki czołg w każdym starciu z człowiekiem-nietoperzem, co jest poniekąd zgodne z komiksem.

Chrisitan Bale, mimo śmiesznego bat-głosu, dalej jest dobrym Batmanem, choć można by narzekać, że pozostałe postaci takie jak Gordon czy Blake dostają zbyt wiele czasu ekranowego, kosztem właśnie Batmana. Rola Alfreda w tym filmie mnie nieco rozczarowała. Mimo że dialogi Caine’a z Balem są bardzo mocno emocjonalne i świetnie pokazują, że Alfred traktuje Bruce’a jak swojego syna całym sercem, to moment w którym znika on na dłuższy czas wydawał mi się nieco oderwany od ustalonego dotąd charakteru tej postaci. Mimo to Michael Caine był świetnym Alfredem i trylogia sporo sukcesu zawdzięcza temu, jak udało mu się współgrać z Wayne’m Bale’a. Gdy usłyszałem, że Anne Hathaway ma zagrać Selinę Kyle byłem w szoku, bowiem najbardziej mi się kojarzyła z bohaterką komedii romantycznych, niż ze złodziejką i niebezpieczną femme fatale. O dziwo, Hathaway okazała się świetna w tej roli. Nie przepadam jakoś szczególnie za postacią Catwoman, jednak aktorka stworzyła bohaterkę elegancką, przebiegłą i choć jej egoistyczne pobudki ustępują miejsca szlachetnym czynom w dość ograny sposób, to czułem się przekonany. Oldman dużo bardziej mi się podobał jako aktywny, energiczny Gordon z The Dark Knight, tutaj trochę mu zajęło rozkręcić się, ale taka też natura tej postaci – lata kłamstw i ukrywania prawdy przed wszystkimi zniszczyły niegdysiejszego obrońcę sprawiedliwości, a Gary Oldman świetnie uwiecznił to na ekranie. Morgan Freeman jako Lucius Fox cały czas jest jednym z moich faworytów trylogii, choć on również, niczym Alfred i Batman, ustąpił miejsca innym postaciom. John Blake to dziwna postać. Jest go dość sporo na ekranie i choć sprawia wrażenie istotnego, coś jak młodszy James Gordon, to wydawał mi się on wstawiony na siłę. Najczęściej młody bohater tego pokroju zostaje wstawiony dla dodatkowego smaku, jednak w ostatecznym rozrachunku staje się niepotrzebnym zapychaczem, który kradnie czas ekranowy ciekawszym postaciom. Na szczęście Joseph Gordon-Levitt nie jest nachalny, a końcowe sceny z nim związane bardzo mi się podobały (choć nie bez jednego zgrzytu).

Toma Hardy’ego i jego Bane’a zostawiłem sobie na koniec. Siła trylogii Nolana, przynajmniej od czasu Ledgera, opiera się w dużej mierze nie tyle na postaci Batmana co jego wrogach, dlatego w Banie, jako głównym szwarccharakterze The Dark Knight Rises, leży być albo nie być tego filmu. Toma Hardy’ego pierwszy raz widziałem w roli Shinzona w Star Trek: Nemesis i jego kreacja młodego, żądnego władzy i zemsty klona Picarda zrobiła na mnie tak pozytywne wrażenie, że jego Bane’a wyczekiwałem z niecierpliwością. Pierwsze sceny w filmie to te z Bane’m i pierwsze mieszane uczucia. Wizualnie Hardy wygląda bardzo przekonywająco, jednak głos Bane’a wydaje się co najmniej… dziwny. Chwilami ciężko mi było traktować poważnie tą postać, gdyż wyobrażałem sobie, że w masce siedzi maleńki Ian McKellen. Głos Bane’a wywołał sporo kontrowersji, bowiem po emisji 7 minutowej zajawki krytycy uznali, że ciężko usłyszeć jego zniekształcony głos, dlatego poddano go edycji by był bardziej wyraźny. Niestety wydaje mi się, że mimo swojego aktualnego niepokojącego brzmienia, pozostawienie zniekształceń uczyniłoby tą postać jeszcze bardziej złowieszczą, ale mówi się trudno. Poza tym Bane jest rewelacyjny. Hardy, pozbawiony przez maskę większości mimiki, nie traci zupełnie nic na wyrazistości – Bane, mimo swojej imponującej postury “tępego osiłka” jest przebiegły, inteligentny i ma plan, który zagraża istnieniu całego Gotham i jego mieszkańców. Komiksowy Bane zasłynął jako człowiek, który był bardzo bliski kompletnego złamania Batmana i scenarzyści wraz z Tomem Hardym przez większość filmu oddali pełen szacunek tej wizji. W przeciwieństwie do Jokera, Bane wydaje się nie do zatrzymania, dlatego poczułem się rozczarowany, gdy pod koniec filmu scenarzyści postanowili pozbawić go większości pazura jaki miał. Owszem, Batman musiał obronić Gotham, ale poczułem się nieco oszukany, że Bane i jego ludzie padli zbyt łatwo. Wstyd się przyznać, ale przez chwilę zacząłem kibicować zniszczeniu Gotham.

Sporo ludzi mówi o tym filmie, że jest bardzo dobry, ale nie tak świetny jak The Dark Knight. Mógłbym się pokusić o podobne porównanie jednak daruję sobie, bowiem przyznam, że na The Dark Knight Rises bawiłem się zupełnie inaczej niż na jego poprzedniku. W The Dark Knight Joker rzuca wyzwanie za wyzwaniem Batmanowi, wykorzystując życie obywateli jako element śmiercionośnej gry wyboru, co czyni ten film bardziej zgodnym z klimatem komiksowego Batmana. Natomiast The Dark Knight Rises to bardziej film sensacyjny Bane vs. Gotham. Najemnik chce złamać wolę ludzi, zniszczyć ich dusze, ale w zupełnie inny sposób niż Joker. Batman jest obrońcą Gotham dlatego figuruje wysoko na liście Bane’a jednak nie jest to tak osobiste starcie jak w przypadku Jokera, który przyznał, że nie chce zabić Batmana, bo bez niego stałby się niekompletny. Dla Bane’a Batman jest jedynie gwoździem wystającym bardziej niż inne – owszem, trzeba bardziej się postarać żeby go wbić niż inne, jednak jego ostatecznym celem jest Gotham. Mam wiele zastrzeżeń do tego filmu, jednak wyszedłem z niego bardzo zadowolony i uważam, że jest to świetne zakończenie rewelacyjnej trylogii i śmiało polecam każdemu obejrzeć The Dark Knigth Rises – nie powinniście się zawieść.

Wszystkie zdjęcia w tekście pochodzą z oficjalnej strony filmu.

4 myśli na temat „Powstał czy upadł?

  1. Szpajku, co do „Batman i Robin”, to się pozwolę nie zgodzić. Fakt faktem, Clooney jako Wayne, sutki na kostiumach, kicz i tak dalej (długo by można wymieniać), ale w ogólnym rozliczeniu nie jest to (według mnie) zły film. Z miłą chęcią go oglądam (no dobra, Uma Thurman ^^). Znacznie gorszym Batmanem jest według mnie Val Kilmer 🙂 Co do tekstu, to przyznam, że narobiłeś mi dodatkowego smaka na nowego Nietoperka. Bane, why so small and thin? 🙂

  2. A BAT CREDIT CARD!?

    Z całym szacunkiem, Clooney był zbyt…wesoły na Batmana i nieważne jak się starał nie potrafił z siebie wydobyć wystarczająco dużo „ponurości”. Kilmer pod tym względem wypadł o wiele lepiej moim zdaniem. Sam film Batman & Robin był zbyt groteskowy jak na mój gust – już przy Forever widać było kicz u Schumachera, jednak B&R przebiło wszystko.

  3. Zgadzam się ze wszystkim, nawet Hathaway dała radę, czego obawiałam się najbardziej ale gra i postać Marion Cotillard… dla mnie stanowcze NIE, postać za przeproszeniem z dupy, nie pasowała mi zupełnie do tego filmu :/

  4. Hathaway zdecydowanie dała radę. W sumie chyba o nią to się wszyscy bali 😛

    Cotillard mi nie przeszkadzała, aż do końcówki, ale zgodzę się z Twoim stanowczym NIE – postać wciśnięta zupełnie niepotrzebnie.

    W ogóle to jak widzę teraz Hardy’ego z włosami to wydaje mi się dziwny jakiś 😛

Dodaj komentarz