2392032-darth_malgus_7

Epizod Abrams

Jak już kiedyś wspominałem moją znajomość z fantastyką zawdzięczam tacie, który od lat młodzieńczych starał się zaszczepić we mnie zainteresowanie tą dziedziną. Wśród wielu filmów, które mój rodziciel wypożyczył dla mnie w pobliskiej wypożyczalni wideo była oryginalna trylogia Gwiezdnych Wojen. Krótko mówiąc byłem oczarowany. Niesamowite bitwy kosmiczne, walka dobra ze złem, miecze świetlne, czyli wszystko czego do szczęścia było potrzebne chłopcu zafascynowanemu fantastyką. W podstawówce kolega zapoznał mnie z Rozszerzonym Uniwersum i tak zaczęła się moja długa przygoda z książkami i grami osadzonymi w świecie Gwiezdnych Wojen. Niestety od tamtych czasów George Lucas podjął sporo kontrowersyjnych decyzji – rozgrzebywał oryginalne filmy po stokroć dodając niepotrzebne sceny no i stworzył trylogię prequeli, która mimo widowiskowości pozostawia wiele do życzenia w temacie gry aktorskiej czy scenariusza. Przyznam, że gdyby nie Rozszerzone Uniwersum to dawno temu już walnąłbym tym światem w cholerę.

starwarsepisodeiiattackoftheclonesclones2

Na wieść, iż Lucas sprzedał prawa do Gwiezdnych Wojen Disney’owi widziałem różne reakcje. Jedni podnieśli lament, że Disney pogrzebie do reszty ich ukochane uniwersum. Inni odetchnęli z ulgą, iż Lucas już więcej nie będzie już niepotrzebnie mieszał. Osobiście zasmuciła mnie wiadomość o zamknięciu LucasArts (i tym samym zawieszeniu prac nad SW 1313 na które bardzo czekałem) oraz anulowanie kontynuacji Clone Wars. Możecie zapytać po co o tym rozpowiadam skoro to już są stare sprawy z przed paru miesięcy. Otóż zainspirował mnie poniższy film-apel do reżysera nadchodzącego Epizodu VII, J. J. Abramsa.

Bardzo fajnie wykonany, przekaz jest jasny i cała produkcja zyskała nieco popularności. Zgadzam się z zasadą trzecią, bowiem midichloriany były strasznie głupim i wymuszonym wytłumaczeniem czegoś co jest integralną częścią Gwiezdnych Wojen, niewyjaśnionego mistycyzmu, który separuje tą serię od twardego science fiction bez odzierania go z futurystycznego uroku. Zasada czwarta to zło konieczne i źle realizowana polityka wciągania w uniwersum najmłodszych. O Abramsa się tutaj nie martwię, bo patrząc po nowych Star Trekach, spodziewam się dowcipkowania, oślepiania efektami specjalnymi, ale raczej nie nowego Jar Jar Binksa. Gorzej z Mrocznymi Lordami w Zarządzie. Może być tak, że nadzorca z Disneya zażąda żeby rolę w filmie dostał Darth Miki, a takiej przeszkody nawet Mistrz Yoda nie usunie. Trzymam kciuki, żeby podeszli do tego rozsądnie i z umiarem.

Second_Battle_of_Kessel

W zasadzie największe pretensje mam do pierwszych dwóch zasad. Wczytując się w książki opisujące lata po pokonaniu Imperium, formowanie Nowej Republiki, odrodzenie Zakonu Jedi, widać, że w zależności od bohatera zmienia się ton i tematyka opowieści. Gdy bohaterami są Jedi na podium stają tajemnice Mocy, konflikt Jasnej i Ciemnej Strony, wewnętrzna walka z pokusami i konsekwencje ulegania im. Gdy bohaterem jest Leia, jesteśmy świadkami politycznych intryg oraz doświadczamy wzlotów i upadków Republiki jako systemu politycznego. Natomiast gdy stery przejmuje Han Solo mamy do czynienia z tym o czym mówi autor filmu – z westernem, brudnym pograniczem pełnym przygód i niebezpieczeństw. No i nie zapominajmy o wszechobecnym, galaktycznym konflikcie zbrojnym. Dlatego zamknięcie całego uniwersum wyłącznie w stwierdzeniu “GW to western” wydaje mi się dość krzywdzące i sprawia wrażenie, że autor po prostu nie lubił prequeli, bo było za dużo polityków i Jedi, a za mało Hana Solo.

the empire strikes back star wars mark hamill darth vader

Jaki byłby mój idealny Epizod VII? Niech niczym Mistrz Jedi zachowuje równowagę. Chciałbym, żeby zawierał stosowną ilość polityki właściwej odbudowywaniu Republiki po przegranej Imperium. Chciałbym, żeby były efekciarskie walki, zarówno w kosmosie jak i na miecze świetlne, ale bez dedykowania całego filmu choreografowi pojedynków. Niech będzie “pogranicze”, bo żaden film z serii nie ucierpi jeśli dorzuci się sprytnego, wygadanego przemytnika o złotym sercu. Wręcz przeciwnie.  Chciałbym, żeby był rozsądnie dawkowany humor – tak, żeby było z czego się pośmiać, ale żeby film nie stał się totalną komedią. Niech będzie świadomy tego do kogo chce trafiać. Jeśli mają być elementy dla dzieci to niech będą, ale nic na siłę, żeby nie robiły z dziatwy, a tym bardziej nas, głupców. No i najważniejsze. Chciałbym, żeby Epizod VII przekazywał sens walki dobra ze złem. Żeby pokazywał konsekwencje złych czynów popełnianych nawet w dobrej wierze, ale uświadamiał widzowi, że nie jest za późno by zadośćuczynić za swoje winy i wrócić na Jasną Stronę Mocy.

Źródła:

1. Ikona wpisu – Darth Malgus: http://static.comicvine.com/uploads/original/8/84761/2392032-darth_malgus_7.jpg

2. Atak Klonów: http://healed1337.files.wordpress.com/2012/10/starwarsepisodeiiattackoftheclonesclones2.jpg

3. Druga bitwa o Kessel: http://media.moddb.com/images/groups/1/2/1088/Second_Battle_of_Kessel.jpg

4. Luke i Vader: http://2.bp.blogspot.com/-DZN6vn7oyPQ/T3kIwP0-4fI/AAAAAAAABhQ/o0jZQJpEvco/s1600/the+empire+strikes+back+star+wars+mark+hamill+darth+vader.jpg

2 myśli na temat „Epizod Abrams

  1. Ale midichloriany nie wyjasniają mocy:/
    Za przeproszeniem, ale gówno a nie wyjaśniają, to tylko symbiotyczny organizm których obecność pozwala danej jednostce na władanie mocą lub nie , moc dalej jest mistyczna, tajemnicza i pozbawiona wyjaśnień. Ba co więcej Midichloriany pokazują poziom do jakiego upadł zakon w orginalnej trylogi – technokartycznych jedi którzy uczniów szukają za pomocą badań krwi, wśród których ci którzy próbuja myśleć inaczej uważani są za rebeliantów (qui gon). Midichloriany nic nie zniszczyły, dały tylko skalę w porównywaniu mocy, a i tak spokojnym wyjściem wystarczy do nich nie wracać, w końcu po upadku zakonu i treningu Luka ten o midichlorianach nic nie wie.

    A darth mikim nie ma się co przejmować, Disney w stope sobie nie strzeli, bo gdyby chcieli to w Avengersach mściciele walczyli by z kapitanem hakiem a nie lokim.

    • No tu się zgodzę, że zdecydowanie nic nie wyjaśniają, a w tekście w sumie źle się wyraziłem. Midichloriany są raczej mocno mylącym zabiegiem fabularnym, które jest mniej więcej tak potrzebny i sensowny jak dodanie przez Lucasa tych paru dodatkowych kamieni na Tatooine w Epizodzie VI. Powiem więcej – nie posuwałbym się nawet do odnoszenia midichlorianów do jakiejkolwiek innej produkcji ze świata Gwiezdnych Wojen, bowiem patrząc jak rzadko ten temat jest poruszany w sposób pozytywny od premiery Epizodu I, teoria ta nie cieszy się dobrą sławą.

      Osobiście odczuwam punkt dotyczący Mocy nie tyle jako „midichloriany zniszczyły Moc”, a bardziej jako przestrogę, żeby nie wsadzać na siłę czegoś co ludzie przyjęli już za pewnik i kochają to w takiej formie w jakiej jest. Pewnie, żadne uniwersum nie powinno ulegać stagnacji, ale wciskanie zmian i nowości (zwłaszcza tak drastycznie wpływających na kultowy kanon) potrafi być równie zgubne.

Dodaj komentarz