And now for something completely diff…oh shit, Ponies!

Ogólnie to winą obarczam Oliv. Gdyby nie jej kucykowe szaleństwo na Facebooku (złym i niedobrym Facebooku, który patrząc na niektóre wpisy znajomych był fajny, zanim Mark Zuckerberg dołączył do zespołu) nie doznałbym nagłej inspiracji, żeby porzucić inne teksty, w tym narzekanie na demo Hard Reset, na rzecz My Little Pony: Friendship is Magic.

Jeśli ktoś z Was na swoje szczęście/nieszczęście (wg preferencji nieprawdziwe skreślić) nie wie jeszcze o czym mowa to pozwolę sobie uzupełnić Waszą wiedzę. My Little Pony: Friendship is Magic to kolejna inkarnacja serialu animowanego opartego o linię zabawek Hasbro przeznaczoną dla dziewczynek. Czyli nic nowego, to samo było z Transformers, zarzynanymi aktualnie kolejnymi mniej lub bardziej udanymi serialami animowanymi i filmami fabularnymi. Nim w 2010 powstało Friendship is Magic były dwa seriale nakręcone w latach 80-tych i wczesnych 90-tych poprzedniego wieku – o czym były to Wam nie powiem, bo ich nie widziałem, ale idę o zakład, że było o kucykach. I miłości. I przyjaźni. I o tym, że trzeba być dobrym i opuszczać deskę klozetową w toalecie.

Friendship is Magic to historia nieprzystosowanego społecznie nerd-kucyka Twilight Sparkle, która za poradą swojej mentorki Księżniczki Celestii, władczyni Equestrii, zamieszkuje w bibliotece miasteczka Ponyville by wśród innych kucyków nauczyć się co oznacza prawdziwa przyjaźń. Twilight dość szybko zaprzyjaźnia się z 5 innymi kucykami – Applejack, Rainbow Dash, Rarity, Fluttershy i Pinkie Pie. Każda z nich ma swój charakter, przyzwyczajenia, pasje itd. Każda też utożsamia jeden z tajemniczych Elementów Harmonii. Według powyższej kolejności te elementy to – Magia, Szczerość, Lojalność, Hojność, Dobroć  i Śmiech. Owe elementy są używane w walce z okazjonalnymi potężniejszymi przeciwnikami, np. zbuntowaną siostrą Celestii, która przeszła na Ciemne Kopytko Mocy. Tym samym mamy sformułowany Pony Lore. Odcinki mają formę epizodów, w każdym kucyki stają przed jakimś problemem, który pokonują dzięki wspólnemu wysiłkowi i pomysłowości. Koniec odcinka stanowi raport w którym Twilight Sparkle relacjonuje Celestii czego się nauczyła o przyjaźni podczas tej przygody.

Patrząc na opis fabuły to niby nic szczególnego, tego typu seriale już były i za każdym razem miały nas czegoś nauczyć (np. Kapitan Planeta na temat ekologii). Co ciekawe okazało się, że akurat  nowy serial o kucykach stał się wręcz kultowo popularny i to niekoniecznie wśród targetu serii i zabawek, jakim są młode dziewczynki, ale również wśród starszej widowni, w tym dorosłych mężczyzn. Zgodnie z 34 zasadą internetu “Jeśli coś istnieje, to jest z tego porno”. Aktualnie bardzo prawdziwa byłaby zasada, że jeśli coś istnieje to ma wersję kucykową. Jest popularny od niedawna, zcyborgizowany Adam Jensen, fizyk atomowy Gordon Freeman, wiedźmin Geralt, kucyki Dragon Age II, jest nawet kucykowa wersja braci Winchesterów z Supernatural. Name it, google it and you’ll probably find ponies. Powstało nawet słowo “brony” (od połączenia słów brother i pony) stosowane generalnie jako określenie  męskiego fana tego serialu. Ludzie zakładają fora dyskusyjne, fan-strony tworząc społeczność, która rozwija się i działa jak szalona. Osobiście mnie to bawi, bo ludzie mają szalone pomysły i potrafią bardzo kreatywnie przedstawić ulubionych bohaterów w formie kucyków. Powiedzmy sobie szczerze – naprawdę internet widział już gorsze i bardziej irytujące rzeczy niż przesłodzone kucyki.

Tylko po cholerę akurat ja o tym piszę? Przecież to serial animowany, przeznaczony dla dzieciaków i to do tego oparty na promocji zabawek, których design mnie do dziś w pewien sposób przeraża. Nie mam osobistego sentymentu do tej serii (w przeciwieństwie do Transformers), bo nie widziałem wcześniejszych dwóch seriali. W czym, więc tkwi mój osobisty związek z tym serialem i dlaczego uznałem, że warto poświęcić czas na opisanie go? Otóż mamy, z miłością mego życia Dai, garstkę znajomych, którzy posiadają już latorośle w różnych ilościach i wieku. Generalnie podczas odwiedzin w 3 na 4 przypadkach zaliczymy sesję z kanałami telewizyjnymi dla dzieci. Jako, że ze mnie jest duży dzieciak to kątem oka śledzę, jakimi serialami owe stacje karmią młodych telewidzów i prawdę pisząc, nie jestem pod wrażeniem. Lwia część tych programów jest albo absurdalna do granic bólu albo tak bezbarwna i nudna, że nawet nie warto o nich pamiętać. W moim dzieciństwie telewizja odegrała sporą rolę i nie czuję się z tego powodu ubogi czy skrzywiony w jakikolwiek sposób, jednak jeśli tak ma wyglądać telewizja dla moich dzieci to poważnie rozważam rygorystyczną kontrolę kanałów.

Na My Little Pony trafiłem w zupełnie inny sposób, bo na Internetach. Patrząc na ilość kucykowych memów i JPGów jakie krążyły po sieci w końcu nie wytrzymałem i zainteresowałem się samym źródłem. Po paru odcinkach stwierdziłem, że Friendship is Magic reprezentuje zdecydowanie wyższą półkę niż to czego doświadczyłem w telewizji. Design graficzny jest kolorowy i przyjemny dla oka. Wszystko jest tak bajkowe i magiczne jak powinno być, a zmiana kreski dobrze zrobiła kucykom, których wygląd jest mniej creepy. Do pracy aktorów (a przede wszystkim aktorek), które podkładały głosy za postacie nie ma się jak przyczepić, bo odwaliły kawał dobrej roboty. W serialach dla dzieciaków, postacie lubią sobie czasem dźwięka pociągnąć. Nie inaczej jest w Friendship is Magic i co jakiś czas, któryś z kucyków (lub wszystkie razem) zafunduje nam piosenkę. W angielskim oryginale piosenki są bardzo fajne, niektóre wpadają do głowy i nie chcą jej przez długi czas opuścić – czyli prawidłowo. Polska wersja językowa, przygotowana przez wydawnictwo Egmont, wypada niestety dużo słabiej. Dubbing jest, mówiąc dyplomatycznie, znośny, choć same kucyki tracą wiele z charakteru, np. Applejack bez akcentu nie brzmi już tak przekonywująco, a Fluttershy ma zbyt , hmm, "donośny i zdecydowany" głos.

Twórcom chwali się to, że postarali się stworzyć ciekawy świat, pełen szczegółów, ale bez niepotrzebnych komplikacji. Dialogi są okraszone sporą ilością dobrego humoru, który trafia zarówno do małych, średnich jak i większych odbiorców…no chyba, że ktoś stwierdzi na starcie, że oglądanie My Little Pony to obciach totalny i żenada, ale na to niestety twórcy nic nie poradzą. A szkoda, bo jest to bardzo sympatyczny serial, uczący nasze dzieci, że fajnie jest mieć przyjaciół, ufać im, pomagać i akceptować swoje różnice. Na koniec pozwolę sobie na dygresję, że oglądając pierwszy odcinek drugiego sezonu miałem takie delikatne wrażenie, iż twórcy zareagowali na duże zainteresowanie ze strony starszych odbiorców. Pinkie Pie krzycząca ”Chocolate rain!” od razu mi przypomniała sławetną piosenkę Tay Zonday, a skojarzeń dotyczących Johna De Lancie podkładającego głos za potężną i wybitnie złośliwą istotę obdarzoną praktycznie boskimi mocami tworzenia i zmiany materii chyba nie muszę tłumaczyć żadnemu fanowi Star Treka. Może doszukuję się smaczków na siłę, ale jeśli mam rację to miło ze strony twórców, że utrzymując formę serialu dla dzieci dyskretnie przemycają prezenty dla starszych odbiorców.

Znając mnie to pewnie będę ochoczo z moimi dzieciakami oglądał seriale animowane. Jeżeli będą one reprezentowały taką jakość jak My Little Pony: Friendship is Magic to będę się wręcz cieszył jak głupi, bowiem jest to serial, który bawiąc uczy, ucząc bawi, zapewniając w cholerę dobrej zabawy nie moralizując nas przy tym do porzygu. Oczywiście rozumiem, że nie każdy ma obowiązek ekscytować się bajkową serią o kucykach i przyjaźni, jednak jak wiadomo pozory mogą mylić. Dlatego też – Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko, w wolnej chwili zachęcam Was, żebyście patatajali na YouTube i na własnej skórze przekonali się czy przypadkiem w klatce piersiowej nie bije Wam serce prawdziwego brony’ego. PS. Raven nie zabijaj, będę już grzecznie Supernatural oglądał.

 

Ten wpis został opublikowany na CosyHell.pl dnia 22 września 2011 roku.

Dodaj komentarz