Legend of Kyrandia – Dawno, dawno temu…

Uderz w stół, a nostalgia się odezwie. Ostatnie wpisy Ravena o Space Invaders i FFVI sprawiły, że wróciłem wspomnieniami do wszystkich staroci w jakie grywałem wiele lat temu. Oczywiście takie wspominki nie obyłyby się bez Legend of Kyrandia, Book One, świetnej przygodówki autorstwa Westwood Studios.

Jakby ktoś nie wiedział co to Westwood Studios – dawno dawno temu była sobie taka firma, która wypuściła na rynek między innymi serię gier strategicznych opartych o świat “Diuny” Franka Herberta, Command & Conquer i Lands of Lore. Niestety Westwood Studios podzieliło los wielu innych firm – zostało wykupione przez Electronic Arts i zamknięte w ciągu następnych paru lat. Zostawmy jednak temat EA i wróćmy do naszej gry.

Legend of Kyrandia to produkt typowo “baśniowy”. Mamy magiczny świat, który stoi na krawędzi zniszczenia z rąk szalonego błazna Malcolma i tylko Brandon, wnuk zamienionego w kamień mędrca Kalaka, może go zatrzymać nim Kyrandia zamieni się w posępne pustkowie. Fabuła rozgrywa się dość typowo – nasz bohaterski, choć nieco gapowaty młodzian pokonuje wszystkie pułapki, zagadki(oczywiście z pomocą mędrców Kyrandii) i w ostatecznym pojedynku dobro zwycięża nad złem prowadząc do happy endu.

Book One w podtytule sugeruje, że mamy do czynienia z serią. Owszem, Legend of Kyrandia ma aż trzy części, w każdej śledzimy losy innego protagonisty. Book Two: The Hand of Fate opowiada o losach Zanthii, młodej adeptce alchemii, którą Brandon poznaje w pierwszej grze. Kyrandia znika kawałek po kawałku i Zanthii zostaje przydzielone zadanie zatrzymania tego procesu. Ten tytuł był nieco bardziej skomplikowany od poprzednika pod względem mechaniki(wprowadzenie alchemii) oraz zagadek. W przeciwieństwie do Book One, nie wiadomo na początku kto i jak jest odpowiedzialny za znikanie obszarów Kyrandii, jednak można się szybko domyśleć kto jest winowajcą.

Natomiast w ostatniej części Book Three: Malcolm’s Revenge, kierujemy losami Malcolma, który postanawia się zemścić(nie inaczej) za swą przegraną z rąk Brandona i mędrców Kyrandii. Niestety w tą część nie dane mi było zagrać, a szkoda, bowiem czytałem, że fabularnie jest najciekawsza, a dalsze losy i geneza złego błazna mogą niejednego zaskoczyć.

…BYŁO, BYŁO I SIĘ SKOŃCZYŁO

Gry z serii Legend of Kyrandia prezentują dobre wykonanie jak na tamte czasy, ale nie są to najsławniejsze tytuły w historii gier komputerowych. Dlaczego, więc zdecydowałem się je przedstawić? Po pierwsze – z sentymentu. Po drugie – Kyrandię wybrałem jako swoisty “znak czasów”. W latach 80-tych i początkiem 90-tych ubiegłego wieku przygodówki typu point’n’click święciły swoją dominację na rynku. Od gier LucasArts, po kolejne gry ze słowem Quest w tytule, na grach bardziej zaawansowanych graficznie, pokroju serii Myst, kończąc – fan przygodówek mógł wtedy przebierać w tytułach. Nastrojowa lub wesoła muzyka, która wraz z pięknymi rysowanymi krajobrazami przenosiły nas w fantastyczne światy pełne magii, ciekawych bohaterów i wydarzeń. Świetnie napisane dialogi, które sprawiały, że nawet gadka szmatka z nieistotną fabularnie postacią tryskała dobrym i często kąśliwym humorem… niestety to minęło i se ne vrati.

Point’n’click ustąpiło miejsca shoot’n’kill, command’n’conquer czy quest’n’level. Lepsza grafika 3D, więcej akcji, większy replay value, rozgrywki multiplayer pozwalające tłuc się z kumplami/kumpelami po sieci i emocje jakie z takiej rywalizacji płyną – przygodówki nie były w stanie zapewnić takich wrażeń, musiały ustąpić miejsca. Może przemawia przeze mnie stary zgred, który stuka laską i głośno krzyczy “Za moich czasów było lepiej! Gry budowały wyobraźnię i charakter! Nie to co te wasze pif-paf teraz!”, jednak tęsknię za tamtymi czasami. Mimo, że gry adventure same sobie wykopały grób przez brak rozwoju, świat poszedł do przodu i teraz też mamy wiele dobrych gier to wciąż ciepło wspominam przygody nierozgarniętego młodzieńca starającego się zdobyć magiczny zwój od czarodzieja mieszkającego z ogromnym, jedzącym koty, smokiem…bo rycerzy się ciężko obierało ze zbroi i smakowali potem. Sami wiecie.

 

Ten wpis został opublikowany na CosyHell.pl dnia 25 lipca 2011 roku.

Dodaj komentarz