Monster killing and dungeoneering for fun and profit

Zainauguruję sierpniową sesję wpisów dość nietypowo – wpisem bardziej osobistym. Wczorajszy wieczór spędziliśmy iście nerdowsko – graliśmy w D&D(3.5, Eberron – jakby kogoś interesowały szczegóły). Bawiliśmy się oczywiście świetnie i jakoś tak później naszło mnie na refleksje odnośnie moich doświadczeń związanych z RPG. Grać zacząłem dość dawno temu, gdzieś w podstawówce, gdy kuzyn kumpla zostawił mu stosik kartek przedstawiający autorski system o rozbitkach na bezludnej wyspie. Grało się…tak sobie, bo system był dość ubogi, a tematyka mnie jakoś nie pociągała(mimo, że książka Przypadki Robinsona Crusoe była jedną z moich ulubionych lektur szkolnych). Potem kumpel, pod wpływem różnych cRPG, postanowił zabrać się za autorski system. Efekty były, nie oszukujmy się, kiepskie. System był niezbalansowany i moja pojedyncza walka z trollem okazała się orką na ugorze, bo mogłem go trafić wyłącznie po wyrzuceniu 20 na k20 i z tego co pamiętam troll miał podobny problem ze mną. W ciągu następnych lat grałem już w komercyjne systemy – Cyberpunk 2020, Warhammer 1 ed., Earthdawn, D&D, Neuroshima, Zew Cthulhu.
 
Przez te naście lat znajomości z RPG nigdy nie podchodziłem do tego specjalnie profesjonalnie, nie starałem się szkolić u siebie i innych graczy jakichś prawidłowych metod odgrywania postaci. Nigdy w sumie nie trzymaliśmy się kurczowo zasad, ba, wiele z nich kompletnie ignorowaliśmy przyjmując swoje zasady “na chłopski rozum”, tak żeby wygodnie było. “Profesjonaliści” załamaliby ręce, gdyby zobaczyli jak gramy – głupie żarty, absurdalne pomysły, śmichy chichy, wczuwanie się w postać kiedy nam wygodnie…
 
Jednak tak mi się zawsze najfajniej grało – bez ratowania świata, bohaterstwa, mrocznego dramatyzmu, pro-tru odgrywania, studiowania ton zasad i szkolenia się na jakiegoś eksperta w dziedzinie roleplaying games. Świetnie się obecnie bawimy przy układaniu pokręconych planów działania, zdobywaniu informacji, ustalaniu taktyki w walce i oczywiście wzniecaniu chaosu gdziekolwiek nasze postacie się pojawią. Co sesję do gry wkracza drużyna złośliwych oportunistów, którzy realizują zadania zawsze kierując się wyłącznie własnym dobrem. Po drodze oczywiście przynajmniej parę razy zepsujemy coś istotnego, zniszczymy kluczowy budynek, ukradniemy nie to co trzeba niewłaściwej osobie, włamiemy się do niewłaściwego budynku, ale potem mamy w cholerę frajdy, żeby całą beznadziejną sytuację odkręcić na naszą korzyść. Oczywiście do następnego fuck-up’u. Może mam w sobie tendencje masochistyczne, ale lubię jak MG nas gnębi problemami, ciężkimi walkami i skomplikowanymi zagadkami.
 
Są pewnie osoby, które uznają, że takie sesje nie rozwijają w żaden sposób, że to strata czasu i “zabawa w RPG”, a jak wiadomo RPG is serious business. Może i racja, może po prostu wygłupiamy się z kostkami, tabelkami i cyferkami, ale jeśli dalej będziemy się tak dobrze bawić w tak zgranej, sprawnie współpracującej drużynie to słowo daję – mogę się wygłupiać w RPG do końca życia.
P.S. Damn, Eberron is fun!

Dodaj komentarz