„Pomożecie? Pomożemy”, czyli o blogowej stagnacji nieco inaczej

m45_gendler_2400

Jak sami dobrze wiecie, nie raz znalazłem się w takiej sytuacji. Dobry pomysł na tekst, biorę się za pisanie, wszystko gotowe i od razu do publikacji! Wtedy to jest radocha z pisania, bo każdy kolejny tekst motywuje coraz bardziej i sprawia, że kolejne teksty powstają jeszcze szybciej i sprawniej.

Taka sytuacja trwa parę dni, ewentualnie tygodni, a w najlepszym przypadku miesięcy. Niestety w pewnym momencie pojawia się blokada. Może to być brak pomysłu – po długiej passie niesamowitego natchnienia pojawiają się dni chude, kiedy nie jestem w stanie złożyć nawet jednego sensownego zdania o czymkolwiek. Przeszkodą może być również cięższy okres w życiu zawodowo-prywatnym, kiedy po całym dniu wojowania z codziennością siadam do pisania z kompletną pustką w głowie i szybko zamykam plik tekstowy, bo nie mam siły się katować czymś co powinno być przyjemnością. Czasami jest też, wstyd się przyznać, zwykły leń – bo fajniej jest coś obejrzeć, bo przyjemniej jest w coś pograć, bo wygodniej jest pisać z kimś na Facebooku czy oglądać YouTube.

Jak sprawić, żeby pisanie szło gładko, systematycznie i jak uniknąć nagłej przerwy? Jak po długiej przerwie wrócić bezboleśnie do wcześniejszego tempa? Cóż, każdy działa nieco inaczej. Jedni wieszają sobie motywujące karteczki, sporządzają listy “do zrobienia” i trzymają się ich z żelazną sumiennością, brnąć bezlitośnie do obranego celu. Podziwiam takich ludzi, niestety sam tak nie potrafię. Obserwowałem siebie wielokrotnie podczas nagłych zrywów i upadków, dlatego wiem, że na mój gatunek słomianego zapału najlepiej działa interakcja z innymi. Zagadam do kogoś, pojawi mi się jakiś ciekawy temat i już jest pomysł na tekst. Czytam czyjś ciekawy tekst albo widzę, że ktoś zastosował jakąś eksperymentalną formę ekspresji z pozytywnym skutkiem, dlatego chciałbym spróbować u siebie czegoś analogicznego. Jeden z czytelników zapyta mnie o plany odnośnie tematu o którym kiedyś wspominałem i już nowa inspiracja gotowa. Tak już niestety działam. Lubię “odbijać” moje pomysły od innych ludzi i wiem, że cisza w eterze jest dla mnie szczególnie zabójcza.

Jak, więc przeciwdziałać owej ciszy? Wiele miesięcy temu dowiedziałem się o takim tworze jak “klaster przemysłowy”. Cóż to jest? W dużym skrócie jest to skoncentrowana grupa przedsiębiorstw, które mimo rywalizacji między sobą, zawiązują współpracę i dzielą się swoimi zasobami z innymi w ramach projektów przynoszących wszystkim korzyści, np. wspólne badania naukowe. W ten sposób konkurencyjne firmy rozwijają się i realizują cele, których nie byłyby w stanie osiągnąć osobno. Przyznaję, że temat znam dość powierzchownie, jednak czasami chodzi mi po głowie właśnie coś na wzór takiego klastra blogowego – w którym członkowie stanowią dla siebie wsparcie, przykład, motywację i razem realizują pewne projekty, z którymi w pojedynkę mieliby problem lub po prostu współpraca rodzi większy zysk niż izolowanie się w swojej części piaskownicy. Jednocześnie każdy blog jest niezależny i od właściciela zależy czy skorzysta z danego pomysłu czy nie.

Oczywiście jest to zaledwie szkielet pomysłu, który wymagałby dużo staranniejszego opracowania pod względem sposobu działania i zasad. Poza tym może już coś takiego istnieje i wymyślam koło po raz drugi? W każdym razie wiem, że byłbym skłonny uczestniczyć w tworzeniu takiego klastra.

Źródło:

1. Pleiades Star Cluster: http://apod.nasa.gov/apod/ap120903.html

Wypróbować przed zakupem? NIET!

71196_1003x370_ALL

Jeszcze przez parę dni mamy sezon urlopowo-wakacyjny dlatego cały czas trwa nieustające bombardowanie ofertami i promocjami na gry. Niedawno dostałem maila o promocjach na Origin i choć nie jestem fanem tego systemu, tak stwierdziłem, że zajrzę co mają w ofercie. Sprawdziłem parę gier, w tym jedna pozycja z mojej listy życzeń – Kingdoms of Amalur: Reckoning. Me oczęta ujrzały, iż gra w promocji warta jest 16,47 zł z VAT. Oferta zaczęła kusić, ale czy warto?

71196_screenshot_06

Jakiś czas temu czytałem recenzję mostona na Cosy Hell, a widząc zniżkę zapoznałem się również z opinią Angry Joe na YouTube. Dosypałem do tego parę gameplay’ów na owym serwisie i byłem gotów. Werdykt: hicior nad hiciory to nie jest, choć jest to pozycja bardzo dobra. Wygląda zachęcająco, choć…nie zawsze opinie recenzentów zgadzają się z moją. Zatem powrót do lamentów, rozterek i niepewności, jak bowiem sprawdzić czy gra mi się spodoba czy nie? Na szczęście Amalur posiada wersję demo. Po uruchomieniu możemy stworzyć postać, przejść samouczek, a następnie mamy 1 godzinę na swobodną eksplorację świata gry. To mi się podoba! Pograłem, sprawdziłem czy to co jest, przynajmniej na początku, trafia w me gusta i zapadła decyzja – jestem na tak!

Jednak meritum nie tkwi w opisywanej grze, dlatego odstawmy ją na bok. Dzisiaj zebrało mi się na wspominki do czasów, kiedy oczywistym było, że każda gra będzie mieć wersję demo przed oficjalną premierą i każdy będzie mógł sprawdzić na własnej skórze czy rozgrywka mu się podoba czy nie. Może i jestem staroświecki, ale wolę takie rozwiązanie niż oglądanie filmików na YT czy słuchanie cudzych opinii. Przykładowo, na Steam, mam zapisanych na liście życzeń parę pozycji, które chętnie bym osobiście zweryfikował czy zasługują by na niej być. Niestety jestem w stanie to zrobić zaledwie z garstką tytułów.

71196_screenshot_02

Pacholęciem będąc zagrywałem się w demka gier i niektóre z nich przechodziłem po parę razy, karmiąc się nadzieją, że uda mi się zdobyć pełną wersję. Pamiętam sterty płyt z najróżniejszych gazet, wypchane wersjami próbnymi. W sumie dalej jest tak, że najszybciej do gry zniechęci lub przekona mnie właśnie przejście demo. Niestety taka możliwość pojawia się coraz rzadziej i częściej jestem zmuszony oglądać na YouTube jak ktoś gra i tym kierować się przy wyborze. Może wypadłem z obiegu i przegapiłem coś istotnego, ale zastanawia mnie co się zmieniło, że wersja demo ze standardu zmieniła się w opcję. Czy to internet i wysyp serwisów udostępniających teksty oraz filmy przedstawiające pierwsze wrażenia odnośnie gier? Może przez to firmy zauważyły okazję do pocięcia pewnych kosztów i zamiast inwestować w wersję demo wciskają nam do łapek nagrania i słodzą na portalach społecznościowych, żebyśmy przypadkiem nie zrezygnowali z zakupu? Na szczęście w świecie gier indie praktyka wypuszczania demo wciąż żyje i ma się jak na razie dobrze. Mam nadzieję, że taka sytuacja się nie zmieni, choć patrząc na niektóre niepokojące trendy w tym światku…kto wie.

A co Wy sądzicie o wersjach demo? Czy Waszym zdaniem powinny zniknąć ze świata elektronicznej rozrywki? A może, jak ja, tęsknicie za dawnymi czasami?

Źródło:

Wszystkie zrzuty ekrany pochodzą ze strony: http://store2.origin.com/store/eaemea/pl_PL/pd/productID.232511600/